afera z Rudnickim

Akcja #metoo budzi skrajne emocje. To prawda, że kobieta, która ją zainicjowała, może wydawać się krętaczką, a jej wersja wydarzeń mało spójna. Dokonała ona jednak niezwykle ważnej rzeczy. Media na całym świecie zaczęły serwować tę informację jako news dnia, dzięki czemu o molestowaniu seksualnym zrobiło się naprawdę głośno. Dlaczego kobiety częściej padają ofiarą przemocy? Co pokazuje afera z Rudnickim?

Molestowanie seksualne to przecież nie gwałt…

W obiegowej opinii panuje przekonanie, że molestowanie to takie nic, w końcu to nie jest jeszcze gwałt. Co z tego, że niewiele brakowałoby, a mężczyzna by do niego doprowadził. Co z tego, że pozostawia rysy na psychice kobiet, które padły jego ofiarą. Mężczyźni już tak mają, że „gadają” głupoty, czasem „złapią” za tyłek lub za piersi.  Taka jest ich natura. Zasadniczo to nie ma co histeryzować. Kobiety, które próbują ukrócić macanki, niechciane propozycje o charakterze seksualnym itp. zazwyczaj spotykają się z niezrozumieniem.  Uchodzą za histeryczki, osoby przewrażliwione na swoim punkcie, pozbawione poczucia humoru i tak można by jeszcze wymieniać bardzo długo.

Molestowanie słowne a poczucie zagrożenia

Tymczasem molestowanie seksualne może też przybrać postać słowną. Te wszystkie komentarze w autobusie od pijanych facetów wracających w brudnych ciuchach z budowy: „wsadziłbym ci do tyłka”, „włożyłbym jej do gardła” itp., nie tylko są obrzydliwe. One rodzą realne poczucie zagrożenia. Jaką mamy pewność, że te typy lubią sobie tylko wulgarnie pogawędzić, a nie przyjdzie im do ich pustych łbów zrealizować tych gróźb w praktyce?  Takie gadki-szmatki wypadałoby ukrócić, ale „stawiając” się grupce kilku mężczyzn, ryzykujemy, że oberwiemy. A tak przemilczając pewne kwestie, choć w środku gotuje się w nas, zmniejszamy ryzyko eskalacji przemocy. Niestety, nawet w miejscu publicznym nie mamy żadnej gwarancji, że ktokolwiek nam pomoże. A nawet jeśli już trafi się taki człowiek, to na ogół jest nim inna kobieta. Równie bezsilna w starciu z silnym facetem jak my, niemniej gdyby nie ona, to wiele z nas miałoby za sobą dużo koszmarniejsze przeżycia niż wspomnienia zaczepek, które ostatecznie nie zakończyły się tragedią. Koleżanka z pracy, przyjaciółka z dzieciństwa, starsza sąsiadka, babcia w parku – czasem wystarczy, że powie: zostaw ją, a w tych pustych, męskich łbach ostatni zachowany neuron zaczyna jarzyć.  I wtedy my zyskujemy czas na ucieczkę.

Co pokazuje afera z Rudnickim?

Niestety, dopóki molestowanie seksualne kobiet będzie powszechnie tolerowane, sytuacja nie ulegnie poprawie. Nawet czołowe polskie feministki potrafią dołożyć cegiełkę podtrzymującą status quo. Dobitnie pokazuje to afera z Januszem Rudnickim. Znany pisarz był umówiony na wywiad z Anną Śmigulec i jej koleżanką. Kobiety siedziały z Rudnickim w lokalu, gdy pojawił się jego kolega. Wówczas pisarz miał powiedzieć: „Chodź, k*rwy już są”.  Teoretycznie to był kiepski żart. W praktyce kobiety miały prawo poczuć się dotknięte taką chamską odzywką. Na szczęście na niej się zakończyło, a kobiety znajdowały się w miejscu publicznym, niemniej miały prawo poczuć się zagrożone.  To smutne, że gdy sprawa wypłynęła, Kazimiera Szczuka opowiedziała się po stronie pisarza, a nie dziennikarki i jej koleżanki. Owszem, to była tylko głupia gadka, na którą można było odpowiedzieć po prostu: „spie*dalaj” i wyjść, ale po pierwsze, Śmigulec znajdowała się w mało komfortowym położeniu. Redakcja kazała jej przeprowadzić wywiad, który musiała oddać. Po drugie, wszystkim kobietom wyszłoby na dobre, gdybyśmy solidarnie krytykowali takie niestosowne zachowania.  Wtedy jeden z drugim zastanowiłby się, zanim wyciągnie łapska, aby klepnąć w tyłek kobietę w sklepie spożywczym itp.

Kazimiera Szczuka broni Rudnickiego

Kazimiera Szczuka, Szymon Hołownia, Magdalena Żakowska, Borys Szyc, Maciej Stuhr, Krystyna Kofta stanęli po stronie Rudnickiego. Jest to sytuacja o tyle kuriozalna, że przeciętna kobieta i przeciętny, normalny mężczyzna dostrzegą, że zachowanie pisarza było co najmniej niestosowne. Tymczasem celebryci próbują rozmyć brak kultury Rudnickiego, przerzucając winę na dziennikarkę, zarzucając jej „brak dystansu” i „rozdmuchanie” sprawy.  Pisarz nie popełnił wprawdzie przestępstwa, ale brak kultury z jego strony jest aż nader wyczuwalny.  Pewne rzeczy po prostu są niesmaczne.  Ciekawe, czy celebryci broniący Rudnickiego chcieliby, aby ich córka spotykająca się z klientem w ramach wykonywanego pracy (praca w handlu, ubezpieczeniach itp.) usłyszała od niego: „idzie k*rwa”.